Fermentacja wraca do łask. Dlaczego kiszenie to dziś coś więcej niż kapusta w beczce u babci?

Przez ładnych parę dekad fermentacja kojarzyła nam się wyłącznie z piwnicą dziadków, ciężkim zapachem czosnku i dębowymi beczkami upchniętymi gdzieś w ciemnym kącie. To było zajęcie, którym raczej nikt nie chwalił się na imprezach. Dzisiaj? Dzisiaj to jeden z najpotężniejszych i najszybciej rosnących trendów kulinarnych. Instagram pęka w szwach od zdjęć rzemieślniczej kombuchy, a w modnych knajpach za małą miseczkę koreańskiego kimchi płaci się absurdalne kwoty.

Cokolwiek sądzisz o kulinarnych influencerach pokazujących z namaszczeniem bąbelkujące słoiki na swoich kuchennych wyspach, tym razem ta moda ma absolutnie solidne fundamenty. I wcale nie chodzi tu tylko o estetykę czy snobizm. Za sfermentowaną żywnością stoi fascynujący kawałek twardej biologii, potężna dawka zdrowia i smak, którego w żaden sposób nie podrobisz syntetycznymi kwaskami z laboratorium.

Zjawisko, które przetrwało tysiąclecia (i nagle stało się modne)

Zejdźmy na ziemię: fermentacja to nic nowego. To technika kulinarna stara jak sama ludzka cywilizacja. Najstarsze dowody na celową fermentację alkoholową pochodzą ze stanowiska Jiahu w Chinach sprzed około 9000 lat, a zapiski o kwaszonych warzywach na Bliskim Wschodzie sięgają trzeciego tysiąclecia przed naszą erą. Nasi przodkowie nie robili tego dla „lifestylu”. Zanim wynaleziono lodówki i konserwanty, fermentacja była po prostu sprawą życia i śmierci – jednym z nielicznych sposobów na to, by jedzenie nie zgniło i pozwoliło przetrwać surową zimę.

Co w takim razie sprawiło, że nagle znów wszyscy oszaleli na punkcie słoików? Odpowiedzią jest mikrobiom jelitowy. W ostatnich latach nauka dokonała ogromnego skoku, uświadamiając nam, że ten gigantyczny ekosystem bakterii, grzybów i wirusów zamieszkujących nasze jelita to właściwie nasz „drugi mózg”. To tam znajduje się blisko 70% naszej odporności i to tam produkowana jest większość serotoniny (hormonu szczęścia). Kiedy naukowcy ze Stanfordu opublikowali w prestiżowym Cell badania pokazujące, że dieta bogata w fermentowaną żywność drastycznie zwiększa różnorodność mikrobiomu i redukuje przewlekłe stany zapalne, lawina ruszyła. Słoiki wróciły na salony.

Kwas mlekowy, czyli cichy bohater w twojej kuchni

Gdy mówimy o domowym kiszeniu kapusty czy robieniu kefiru, mówimy o fermentacji mlekowej. Mechanizm, choć biologicznie skomplikowany, w praktyce opiera się na prostej umowie z naturą.

Bakterie kwasu mlekowego (tzw. LAB, m.in. z rodzaju Lactobacillus) w sprzyjających warunkach – czyli bez dostępu tlenu, w osolonej wodzie – zaczynają „zjadać” cukry zawarte w warzywach. W zamian produkują kwas mlekowy, który gwałtownie obniża pH środowiska. Powstaje środowisko tak ekstremalnie kwaśne, że żadna pleśń ani bakteria chorobotwórcza (jak choćby jad kiełbasiany) nie ma szans na przetrwanie. Ale naturalna konserwacja to tylko efekt uboczny. Proces ten robi z jedzeniem prawdziwą magię:

  • Odblokowuje wartości odżywcze – surowe zboża i warzywa zawierają kwas fitynowy, który bezczelnie kradnie naszemu organizmowi żelazo, cynk i wapń. Fermentacja bezlitośnie ten kwas rozkłada.
  • Radzi sobie z glutenem – to właśnie dlatego chleby na prawdziwym, długo prowadzonym zakwasie są o wiele lepiej tolerowane przez osoby z lekką nadwrażliwością na pszenicę (choć oczywiście nie przez chorych na celiakię!).
  • Produkuje nowe witaminy – bakterie w słoiku same z siebie syntetyzują cenne witaminy z grupy B oraz witaminę K2.
Przeczytaj też:  Kuchnia zero waste – od czego zacząć

Kiszona kapusta i wielkie kłamstwo z supermarketu

Zanim pobiegniesz do azjatyckich sklepów szukać rzadkich składników na kimchi, warto spojrzeć na nasze podwórko. Tradycyjna kiszona kapusta to absolutny superfood. Bomba z witaminą C, ogrom błonnika i żywe kultury bakterii.

Jest tu jednak jeden, potężny haczyk. Ogromna część kapusty stojącej w pięknych, szczelnych wiaderkach na półkach w supermarkecie została spasteryzowana. Producenci podgrzewają ją do wysokiej temperatury, by zabić bakterie. Dlaczego? Bo żywa, fermentująca kapusta produkuje gazy – woreczki by pęczniały, a wiaderka eksplodowałyby w transporcie. Taki pasteryzowany produkt wciąż jest kwaśny i smaczny, ale z punktu widzenia mikrobiomu jest całkowicie martwy.

Jeśli zależy ci na probiotykach, szukaj kapusty z beczki na lokalnych targach lub w chłodniach – w opakowaniach, które często mają specjalne wentyle odprowadzające gaz, lub po prostu są mocno napęczniałe. Albo poszatkuj trochę kapusty z solą i wciśnij do słoika. Za cztery dni podziękujesz sam sobie.

Egzotyka w słoiku: Kimchi, Kefir i dziwny grzyb SCOBY

Polska kapusta to zaledwie wierzchołek fermentacyjnej góry lodowej. Świat ma do zaoferowania smaki, które potrafią wywrócić kuchenną rutynę do góry nogami.

Kimchi to narodowy skarb Korei (wpisany na listę UNESCO). Kapusta pekińska, szczypior, czosnek i imbir zlewają się tu z potężną ostrością papryki gochugaru i głębokim, rybnym zapachem sosu. Przygotowywanie kimchi to często zapachowy armagedon w kuchni, ale kiedy po dwóch dniach fermentacji w temperaturze pokojowej włożysz je do lodówki, uzyskujesz dodatek, który ożywi każdego, nawet najnudniejszego burgera czy miskę ryżu.

Prawdziwy Kefir to zupełnie inna liga niż to, co kupujesz w plastiku po drodze z pracy. Powstaje z tzw. „ziaren kefirowych” (które przypominają małe różyczki kalafiora). To żywa, dzika kolonia symbiozy drożdży i dziesiątek różnych szczepów bakterii. Kefir zrobiony w domu z prawdziwych ziaren jest gęsty, potężnie musujący i często ma wręcz drożdżowo-chlebowy posmak.

Kombucha to z kolei fermentowana, słodzona herbata. Do jej stworzenia potrzebny jest SCOBY – dysk przypominający galaretowatego obcego z filmów science fiction. Brzmi odstraszająco, ale ten dziwny „grzyb” przetwarza słodki płyn w niesamowicie orzeźwiający, lekko gazowany i kwasowy napój, który szturmem podbił rynek bezalkoholowych alternatyw na imprezach.

Jak zacząć w domu i nie wpaść w panikę?

Największą barierą przed fermentacją we własnej kuchni jest pierwotny, ludzki strach przed pleśnią. Boimy się, że otrujemy rodzinę.

Podstawowa zasada brzmi: wszystko, co jest pod powierzchnią solanki, jest w 100% bezpieczne. Tlen to wróg fermentacji mlekowej, ale przyjaciel pleśni. Jeśli upewnisz się, że twoje ogórki, kalafiory czy rzodkiewki są dociśnięte i nie wystają ponad płyn, nie ma fizycznej możliwości, by spleśniały.

Przeczytaj też:  Sztuka prostego gotowania – 5 składników, mnóstwo smaku

Zanim jednak zaczniesz zalewać blaty w kuchni sokiem z kapusty lub hodować dziwne kultury bakterii w szafkach, zrób mały research. Oprócz książek, warto zaglądać w miejsca tworzone przez ludzi z pasją. Osobiście często łowię fajne inspiracje w sieci, otwierając choćby kulinarny dział portalu shareinfo.pl, gdzie można znaleźć nie tylko nowinki i sprawdzone ciekawostki żywieniowe, ale też twarde merytoryczne wskazówki, z których faktycznie da się skorzystać.

Fermentacja to powrót do biologicznych korzeni naszej diety. Może i na początku wymaga odrobiny tolerancji dla zapachu czosnku i dziwnych dźwięków upuszczanego gazu ze słoika, ale z pewnością odwdzięczy ci się zdrowiem, którego nie kupisz w żadnej aptece.

FAQ

Czy fermentowana żywność jest bezpieczna dla każdego?

Zdecydowana większość ludzi świetnie i bezproblemowo toleruje kiszonki. Wyjątkiem są jedynie osoby borykające się z SIBO lub silną nietolerancją histaminy. Proces fermentacji naturalnie podnosi jej poziom w produkcie spożywczym.

Jak odróżnić dobrą „pleśń” od zepsutej kiszonki?

Bezpieczna kiszonka zawsze pachnie intensywnie i kwaśno. Biały, bardzo cienki nalot na powierzchni to zupełnie nieszkodliwe drożdże. Natomiast puchata, kolorowa pleśń (np. zielona lub czarna) to bezwzględny sygnał do wyrzucenia.

Czy kupny kefir ze sklepu ma takie same właściwości?

Sklepowy kefir jest zdrowy, ale proces jego pasteryzacji i standaryzacji drastycznie ogranicza pożądaną różnorodność biologiczną. Domowy napój, zrobiony z prawdziwych ziaren kefirowych, zawiera o wiele więcej szczepów bakterii.

Ile kiszonek dziennie warto jeść dla dobrego zdrowia?

W medycynie nie ma sztywnych, konkretnych dawek, ale naukowcy sugerują jedzenie od jednej do dwóch porcji dziennie. Filiżanka prawdziwego kefiru czy garść domowej kapusty do obiadu już realnie wspiera nasz mikrobiom jelitowy.

Czy do domowej fermentacji potrzebuję drogiego sprzętu?

Absolutnie nie. Na sam początek wystarczą ci zwykłe, dobrze wyparzone słoiki po dżemie, woda i niejodowana sól. Specjalistyczne rurki fermentacyjne czy szklane obciążniki ułatwiają ten proces, ale spokojnie obejdziesz się bez nich.

Źródła

Udostępnij post:

Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *